„Mrugnij gwiazdko raz, dwa, trzy...”
W czwartek byliśmy na wigilii w żłobku
Tosiaka. Jestem z niego bardzo dumna. Wiele dzieciaczków płakało
zanim cokolwiek się zaczęło, a nasz mały mężczyzna (ubrany cały
na biało) dzielnie uczestniczył w „przedstawieniu”. I chociaż
zdarzyło mu się kilka razy zapatrzeć w dal, to jak na pierwszy
raz było super. Trochę śpiewał, trochę pokazywał, kucał,
skakał... Potem przyszedł mikołaj. I wiecie co miał? Prawdziwą,
białą i długą brodę! I brzuch taki napchany. I miał dla dzieci
prezenty: książeczka, mandarynki, jabłka, soczki, suszone morele i
żurawina. Nie ma co, bardzo zdrowa paczka. Chociaż Antek na
żurawinę powiedział „ble, sama jedz”, a na morele „teraz
nie, teraz Ty zjedz”. Więc sami widzicie.
Do świąt już tylko dwa tygodnie. I
wiecie co to oznacza? Trzeba upiec pierniki. Niektórzy robią to i
miesiąc wcześniej, a ja mam swoje optymalne dwa tygodnie.
Oczywiście przypomniało mi się o tym wczoraj rano, a zakupy
robiliśmy w piątek. Po obiedzie postanowiłam ruszyć cztery
litery do sklepu. A właśnie. Znalazłam idealne przeznaczenie dla
żurawinki.
Więc poszłam do Biedronki po przyprawę
do piernika, ale były koszmarne kolejki. Potem do Lewiatana – nie
mieli przyprawy! W końcu niezawodny osiedlowy sklep – tak, tu
znalazłam nawet dwa opakowania. Antek był świeżo obudzony i pełen
chęci do pracy.
„Damy rade?” „Tak, damy rade!”
(bo Bob
Budowniczy jest w pierwszej dziesiątce ulubionych bajek). Z racji
posiadania wielu braci, rodziców łasuchów, babci co żyje tylko
ciastami, prywatnego co go „nachodzi na słodkie” i synka, co zje
wszystko co ma w sobie cukier, musiałam proporcje pomnożyć przez
dwa. Tak więc wyszło ok 2 kg pierników. Ale to i tak może być za
mało. Dobra, kucharze do roboty!
Antek wlewał miód do garnka (1 ½
szklanki), dodaliśmy cukier puder (1 szklanka), jedno opakowanie
przyprawy do piernika (takie 20-27g) i masełko (¾ kostki). Teraz ja
wkroczyłam do akcji, bo całość trzeba podgrzać na małym ogniu
(he, he, mam płytę elektryczną), ale nie gotować . Czujecie ten
zapach? Aż zachciało mi się grzańca. Czuć święta. Proponuje
teraz posłuchać świątecznych piosenek, bo masa miodowa musi
przestygnąć . Ja do tego celu wykorzystałam balkon i zimową
pogodę. Antek już jest jak petarda, wszędzie go pełno i ciągle
coś rusza. Zajęłam go rozmową o sankach, a co za tym idzie? W
wynegocjował spacer po lesie... Całe szczęście miód jest ledwo
letni. Do dużej miski wsypujemy mąkę (500 g), sodę (1 łyżeczkę),
sól (szczyptę) i wbijamy jajko (jedno). Kiedy ja mieszałam mąkę
z miodem, Tosiaczek szykował foremki do ciasteczek.
„Wyrób gładkie, elastyczne, lśniące
ciasto.
Początkowo jest ono dość rzadkie,
dlatego lepiej
przygotować je dzień wcześniej i zostawić na noc w lodówce,
żeby stężało.”
Wybraliśmy jednak zamrażalnik. W
efekcie i tak musiałam dosypać odrobinę mąki, bo wszystko się
przyklejało do blatu. Wiadomo, ja wałkuje – Antek wycina. Ja
układam na blaszce – Antek wycina. Przewijały się dzwonki,
gwiazdki, choinki, kwiatki, serduszka, rybki i oczywiście głowy
Kubusia Puchatka. Ach zapomniałam dodać , że ciasto musicie
rozwałkować na 0,5 cm, ale cieńsze też ładnie wyrosną.
Pieczemy 10-12 min w 180 stopniach. Pachniało cudnie.
Chłopaki dostali po jednym pierniku.
Mieli bardzo zawiedzione miny, zwłaszcza ten mniejszy, widząc jak
reszta ciasteczek spakowana w foliówkę trafia na najwyższą półkę
w szafie.
Przyszedł słodki sen, a rano
przypomniano mi o sankach. Trafiliśmy na Bałuty:
Już kilka godzin po spacerze, a ja
dalej nie mogę się rozgrzać . Tak więc, uważajcie co
obiecujecie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz :)